Rozpoczęliśmy nowy rok liturgiczny. Będziemy go przeżywać pod hasłem „Kościół naszym domem”. Episkopat poddał nam pod refleksję dość ciekawy temat. W związku z tym postanowiłem porozmawiać z naszym Księdzem Proboszczem o domu i Kościele.

Księże Proboszczu,  co dla Księdza kryje się pod słowem dom?

ks. Lucjan Huszczonek: Mama, Tata, Rodzeństwo, poczucie bezpieczeństwa, akceptacji, miłości. Tata jednak może skarcić, a Mama zawsze pełna dobroci, ciepła – jeśli zbroiłem, to jest smutna. Ten smutek to największa kara, tak to pamiętam.

W nowym temacie roku duszpasterskiego Kościół został porównany do domu. Podobnie jak Księdzu, wielu ludziom dom kojarzy się pozytywnie. Jak więc nasze domowe skojarzenia przełożyć na Kościół?

W wymiarze trzech cnót boskich – Wiary w istnienie kochającego Boga, czułą obecność Matki; Nadziei na jutro, na Wieczność z Bliskimi w domu Ojca; a nade wszystko  Miłości – przebaczającej, cierpliwej, miłosiernej. To właśnie w Kościele mam poczucie, że nawet jeśli zbłądzę – mogę i wiem dokąd wracać. Mam poczucie opieki Matki, Świętych, Błogosławionych, ale też Braci i Sióstr, z którymi jestem złączony przez chrzest święty. Czuję się jak w Rodzinie.

Ale Kościół to też hierarchia, instytucja. Te słowa przywodzą nam na myśl raczej surowość niż ciepło.  Jak to połączyć? A może Kościół chce przestać być postrzegany jako instytucja?

Kościół jest i będzie Instytucją. Bóg powołał Patriarchów, Sędziów, Królów – by przewodzili Izraelowi, Bóg w Panu Jezusie ustanowił Instytucję Dwunastu Apostołów, Piotra uczynił Pierwszym wśród równych – i tak to jest do dzisiaj. Mój Biskup, mój przełożony – chcę widzieć w Nim ojca, czasem jest jak starszy brat, więcej wie, więcej może doświadczył… Dźwiga też większą odpowiedzialność. Potrzebna jest hierarchiczność, by w ryzach i dyscyplinie utrzymać tak wielką i wielowymiarową rzeczywistość, jaką jest Kościół.  W domu też nie ma tzw. demokracji – trzeba być posłusznym Mamie i Tacie, starszemu Rodzeństwu. To naturalne i zdrowe. Jeśli jest inaczej – źle się dzieje… Kościół to Wspólnota, zwołanie święte w imię Boga, w której największą troską powinni otoczeni być najsłabsi, najbardziej zagubieni, jak dzieci w Rodzinie – jeśli struktura Kościoła-Rodziny  jest silna, Mama i Tata kochający, nic złego stać się nie powinno. Najlepszym więc sprawdzianem autentyzmu Kościoła jest Miłość, troska Dobrego Pasterza o zagubionych, potrzebujących. W tym sensie bramy Kościoła są pootwierane dla wszystkich…, w Nim czeka na mnie Miłosierny Ojciec, kochająca Matka, Rodzina...

Czyli spoglądając na Kościół jako na instytucję lepiej jest myśleć o instytucji, która kocha, a nie która tylko wymaga…

Przełożony w Kościele jest na wzór ojca, który kocha, więc dlatego wymaga. Miłość, która nie stawia wymagań, to nie Miłość tylko łatwa przyjemność, obojętność  bądź chęć życia w tzw. świętym spokoju. Nauczyliśmy się patrzeć na przełożonego w Kościele, na Papieża, Biskupa bardzo sucho, tylko jurysdykcyjnie. Tak ich czasem traktujemy. Myślę, że do przełożeństwa jest się powołanym. Jeżeli zaś na  powołanie nie patrzy się jak  na zawód, to Papież, Biskup, przełożony w ogóle jest mi jak ojciec, starszy brat, który oczywiście od strony formalnej stawia wymagania, ale który przede wszystkim kocha. Dlatego mam prawo domagać się od niego pomocy.

Znane są powiedzenia, że „rodziny się nie wybiera” lub „z rodziną to najlepiej na zdjęciu”. W każdej rodzinie można doszukać się „czarnej owcy”, którą najchętniej wycięłoby się z przysłowiowego zdjęcia. Po prostu kogoś się nie lubi, uważa się go za dziwaka, zwyczajnie nie ma się ochoty z kimś przebywać. W rodzinie przełyka się tę „gorzką pigułkę”, w innych relacjach społecznych – unika. W jaki sposób tolerować takie osoby w Kościele, który jest przecież domem wszystkich?

Jak powiedziałem – Kościół to Wspólnota Miłości. W tej perspektywie tolerancja to zbyt mało, to ciemnogród, zacofanie. Nam w Kościele nie chodzi o krzewienie modnych, poprawnych politycznie haseł o tolerancji, czyli wydolności na obecność kogoś, kogo nie cierpię, nie lubię –  inaczej ubranych, inaczej wierzących, inaczej kochających, chorych itp. itd… „a niech sobie są, byle nie wchodzili mi w drogę”, tym właśnie jest tolerancja. Chrześcijanom, ludziom Boga zależy na krzewieniu Miłości!!! Problem polega na tym, by w drugim zobaczyć nie wroga, ale Chrystusa, który przychodzi. Trzeba mieć czasem silną wiarę, by tak, jak Ojcowie pustyni, widząc drugiego witać go słowami: „witaj Chryste, który przychodzisz”.  I to właśnie Kościół otwiera przytułki, domy samotnych matek, hospicja, ośrodki dla chorych, starszych, których już nikt nie chce, przy każdej prawie Parafii działa Caritas, jest proboszcz. Kościół nie jest łatwą rzeczywistością. Wystarczy zapytać małżonków, oni też powiedzą, że Miłość nie jest łatwa. To codzienna, ciężka praca.

Czyli konsekwencją takiego podejścia do Kościoła jest przyjęcie, że nie każdy jest doskonały. Jedna osoba mi nie pasuje, drugiej ja… powinienem przyjąć, że każdy, nawet najbardziej doskonały ma swoje wady, swoje grzechy.

Kościół jest Wspólnotą Miłosierdzia. Każdemu we Wspólnocie, pewnie też i poza Nią, Bóg może przebaczyć grzechy. Jednak to we Wspólnocie Rodziny, Kościoła ja mogę oczekiwać przebaczenia, a co najważniejsze: i ja mogę przebaczyć! W Kościele najłatwiej więc doświadczyć radości przebaczenia. Wszyscy w Kościele, patrząc na Krzyż Zbawiciela, znajdujemy się w przestrzeni Miłosierdzia, oczyszczenia, wszystkie grzechy, słabości płoną w ogniu Bożej Miłości.  Tak jak podał do wierzenia Sobór Watykański II w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele: „Kościół jest ciągle oczyszczający się”. Poza Kościołem, w tym wymiarze, niestety  jest rozpacz, którą ja rozumiem jako brak nadziei na Miłosierdzie, oczyszczenie. Brak nadziei – to piekło.

Jest to wielki dramat człowieka – świadomość, że nie ma się nadziei na przebaczenie. Jak ksiądz myśli, jak przyprowadzać tych najbardziej pogubionych do Domu Miłosierdzia, którzy odeszli od Niego, którzy stracili zaufanie?

To Bóg jest Miłosierny. On decyduje. On szuka. Nikogo nie przyprowadzimy na siłę, jeśli nie ma dobrej woli, jeśli tryumfuje bezbożność… Jezus nikogo nie prowadził „na siłę”, mówił: „jeśli chcesz…” Dzisiaj generalnie Kościół nie jest kochany, bo nie rozumiemy czym jest. W tym sensie hasło „Kościół naszym domem” powinno być bardzo dogłębnie w parafialnych wspólnotach przepracowane. Szansą na odbudowanie zaufania do Kościoła jest ukazywanie go jako Rodziny.

Tylko, że ta rodzina może być różnie rozumiana, a dzisiejszy świat chce tę rodzinę dodatkowo zdewaluować.

Zdrowa rodzina to fundament. Tam człowiek uczy się kochać. To tak jak z dziećmi. Jeżeli dziecko ma „złego” ojca, to nie zrozumie ono co znaczy, że Bóg jest dobrym Ojcem, kochającym… Kryzys Kościoła, to przede wszystkim kryzys rodziny i pomieszania pojęć, odbierania im pierwotnych znaczeń. Tym razem to nie Bóg miesza nam języki. Tamta Wieża Babel, miała nauczyć nas pokory. Obawiam się, że teraz źródłem „pomieszania” języków jest brak Miłości, egoizm – przecież ludzie mówiący w tym samym języku zupełnie się nie rozumieją, bo się już nie kochają. Tam zaś, gdzie jest Miłość, czasem nie potrzeba słów. W Rodzinie, także tej narodowej, działają wciąż Demony kłamstwa, pozorów, manipulacji, obojętności  i nienawiści,  żerują nadal na swojej ulubionej glebie – na pokładach ludzkiej pychy.

Niestety Demony te dotykają również duchowieństwo…

Nie można również nie zauważać czy negować grzechu w samym Kościele, grzechów duchownych, jako spektakularnego obrazu kryzysu. Potrzeba cierpienia Kościoła, błagania skierowanego do najbardziej niewinnych o przebaczenie  dla tych, którzy wykorzystując szaty duchownych wyrządzili im krzywdę. Chrystus wciąż cierpi na krzyżu z powodu moich i twoich grzechów.  Kościół – mistyczne Ciało Chrystusa potrzebuje wciąż oczyszczenia. Nadzieja jest w mądrych i dobrych Rodzicach, w silnej i zdrowej rodzinie, w miłości mężczyzny i  kobiety, której uczą się ich dzieci.

Grzech duchowieństwa, to taki chichot Szatana… Kościół niejako ratując się stawia w tym roku wielkie wymagania rodzinie, w niej poszukuje odrodzenia.

Kościół przetrwa. To Chrystus, który jest Sercem Kościoła wciąż gwarantuje, że mimo zła i grzechu, jest On wciąż Jeden, Święty, Powszechny i Apostolski. A Parafia ma być laboratorium wiary w Boga, który jest Miłością, ma być rodziną rodzin. Ma być miejscem, w którym będziemy szukać pierwotnego sensu Miłości rodzinnej i jej się uczyć, każdego dnia na nowo, czasem mozolnie i bez spektakularnych zwycięstw.

Czego więc życzyć naszej wspólnocie rodzin, naszej Parafii w tym roku duszpasterskim?

Żeby Małżonkowie na nowo odkrywali pierwotne Źródło ich wzajemnej Miłości.  Żeby Miłość ta promieniowała na Ich Dzieci. Żeby odnawiane wciąż więzy rodzinne były gwarantem Rodziny zdrowej, którą nazywamy podstawową komórką społeczną, więc również „budulcem” Kościoła.  Jak pisze św. Paweł, byśmy byli „Bożą budowlą”.   Gdzie jest mama i tata, mąż i żona, siostra i brat, a w szerszym znaczeniu sąsiad, brat i siostra, których widzimy w kościele; gdzie jest ten Inny, czasem nielubiany, trudny i ciężki jak Krzyż, jak test na moją Miłość….

To jednak nie wszystko. Kościół bowiem sięga w Wieczność. W Królestwie Bożym nie będzie już wiary i nadziei, zostanie już tylko Miłość. W tym znaczeniu Kościół jest domem dzieciństwa – wtedy nie wstydziliśmy się Miłości, nie wstydziliśmy się tulić do Mamy, starać się przypodobać Tacie, żeby nas pochwalił.. Do tego Domu – Kościoła mamy wrócić. Do domu Ojca, który jest Miłością. Obyśmy się tam wszyscy spotkali…

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał ŁB