Temat dzisiejszej katechezy – dziewiąte przykazanie – jest gorącym tematem od czasów biblijnych. Problematyka pod tytułem „Nie pożądaj żony bliźniego swego” przewija się przez wszystkie czasy.

Zmartwię w tym miejscu panie. Przykazanie to nie dotyczy tylko panów (choć mogłoby się tak wydawać).

Aby lepiej zrozumieć, o co chodzi, rozważmy sytuację starotestamentalnego króla Dawida. Któregoś pięknego dnia wstał sobie Dawid, wyjrzał przez okno i zobaczył piękną kobietę, która na dodatek właśnie się kąpała. Ma się rozumieć, miał możliwość podziwiania wdzięków owej pani, a nadmienić trzeba, że była bardzo urodziwa. No i cóż miał biedny Dawid począć. Zakochał się chłopina na zabój. Pech chciał, że Batszeba, bo tak miała na imię, była właśnie mężatką. Jej mąż był natomiast dość wysoko postawioną osobą w armii królewskiej. Było nie było Dawid zaprosił Batszebę do swojego łoża, a jak wiadomo – królowi się nie odmawia. Król nie wiedział, jak ma ten problem rozwiązać. Z jednej strony kobieta tak piękna, że nie może się jej oprzeć, z drugiej jednak mężatka. Traf chciał, że armia prowadziła w tym czasie działania wojenne, więc Dawid wpadł na genialny, z jego punktu widzenia, pomysł. Polecił posłać męża Batszeby w takie miejsce, gdzie nie miał szans na przeżycie. W ten sposób stała się ona osobą wolną. I byłoby wszystko w porządku, gdyby nie to, że Bóg wysłał do Dawida proroka Natana, który odpowiednio utarł nosa królowi, który koniec końców musiał uznać swoje złe postępowanie. Myślę, że powyższy przykład jest na tyle czytelny, iż nie wymaga szerszego komentarza.

Przejdźmy do innego problemu, jakim jest kwestia rozwodów. Sam spotkałem się z opiniami, że Kościół jest niesprawiedliwy, każąc ludziom żyć ze świadomością, że mają pewne sprawy nieuregulowane. Najpierw trzeba zrozumieć, dlaczego Kościół nie akceptuje instytucji rozwodu. Odpowiedź jest banalnie prosta. Skoro przysięga się „…wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”, to w konsekwencji właśnie do śmierci jednego ze współmałżonków trwa węzeł małżeński i nie ma od tego odwołania. Ktoś powie, że przecież Kościół też posiada prawną instytucję umożliwiającą coś na kształt „rozwodu”. W tym przypadku należy sobie wyraźnie powiedzieć, że Kościół nie unieważni czegoś, co jest ważnie zawarte. Tu dochodzimy właśnie do możliwości uregulowania swoich spraw. Prawo Kanoniczne daje możliwość zbadania, czy w momencie zawarcia sakramentalnego małżeństwa zostało ono zawarte ważnie. Na przykład sprawdza się, czy nie zaistniała przypadkiem jakaś przeszkoda zrywająca. Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw Sąd Biskupi przy kurii biskupiej wydaje orzeczenie, w którym stwierdza, czy małżeństwo to jest zawarte ważnie, czy też nie. Jeśli okaże się, że nie, to nawet po 20 latach związku osoby, których dotyczy proces, uzyskują orzeczenie, że przez ten cały czas nie były małżeństwem. Ważna uwaga – dopóki nie Sąd Biskupi nie stwierdzi nieważności małżeństwa, traktuje się jako zawarte ważnie.

Obecnie widać, że wzrasta świadomość ludzi. W Sądach Biskupich takich spraw toczy się coraz więcej. Prawda jest taka, że nikt nie będzie nikogo zmuszał do życia w nieszczęściu i cierpieniu z powodu drugiego człowieka. Osoby podejmujące się procesu o stwierdzenie nieważności małżeństwa muszą mieć jednak świadomość, że jeśli małżeństwo jest zawarte ważnie, to w świetle Prawa Kanonicznego oraz wiary Kościoła pozostają małżeństwem aż do śmierci. Pamiętajmy, że w Ewangelii Jezus postawił sprawę bardzo radykalnie – i ten, kto oddala żonę/męża, i ten kto bierze oddaloną/oddalonego, popełnia grzech…

marrus