„Nie będziesz brał imienia Pana Boga swego na daremno” – oto temat dzisiejszej nauki. Zanim jednak zagłębimy się w tematykę związaną z drugim przykazaniem, przypomnę najważniejsze wnioski z poprzedniej katechezy.

Otóż pisałem, że za pomocą pierwszego przykazania Bóg wprowadza w nasze życie ład. Ten, kto fundamentem swojego życia uczyni Stwórcę, będzie miał gwarancję, że życie, które na Nim będzie budował, nie rozsypie się mu niczym ewangeliczny dom budowany na piasku. Każdy inny fundament, choćby wydawał się nie wiadomo jak mocny, jest pyłem i prochem wobec Boga samego. Tyle przypomnienia.

Drugie przykazanie skupia się na czymś innym. Czytając Księgę Wyjścia, znajdziemy obszerny opis sankcji grożących temu, kto będzie wzywał Imienia Bożego do czczych rzeczy. Dowiadujemy się między innymi, że Boży gniew rozciągnie się nawet na kilka pokoleń i po prostu strach się bać w ogóle pomyśleć, a co dopiero wypowiadać Święte Imię Boże. Nasi starsi bracia w wierze – Żydzi – w ten właśnie sposób traktują Imię Boga. Uczestniczyłem kiedyś w spotkaniu z panią, która wówczas była przewodniczącą gminy żydowskiej w Polsce. Prowadzący to spotkanie poprosił ją, aby odczytała z Pisma Świętego pewien psalm, a dobrał go w ten sposób, aby był maksymalnie nafaszerowany słowem „Bóg”. Pani przewodnicząca z chęcią odczytała ten fragment, z tym że każdorazowo słowo „Bóg” zastępowała słowami „Pan” i „Najwyższy”. Taki właśnie sposób czytania Słowa Bożego przez Żydów znany jest od dawna. Wydaje się jednak, że szacunek do Imienia Bożego powodowany jest poniekąd strachem przed konsekwencjami opisywanymi w Księdze Wyjścia. Niemniej jednak oddać im trzeba, że ogromną czcią otaczają to Imię, nie pozwalając sobie na jakiekolwiek użycie słowa „Bóg”.

W tym kontekście zrozumiałe staje się poniekąd wielkie oburzenie Żydów, gdy słyszą, że Jezus mówi o sobie: „Ja Jestem”, co bezpośrednio odnosi się do Imienia, którym przedstawił się Bóg Mojżeszowi na pustyni – „Jestem, który Jestem”. Chrystus jednak wprowadza tutaj nową jakość. Uczy swoich Apostołów, by nie bali się wzywać Boga, ba, mówi im, że mają się do Niego zwracać tak jak dzieci, to znaczy ABBA – ojcze, tato, tatusiu. Podkreśla, że Bóg to nie strażnik, który z pałą czai się, by dać w łeb delikwentowi, który ośmieli się zwrócić do Niego po Imieniu, lecz kochający i troskliwym Ojciec. Nie znaczy to jednak, że można wymienianymi przez Katechizm Kościoła Katolickiego świętymi Imionami rzucać na prawo i lewo (a tu kolejna praca domowa – znajdź, co KKK mówi na ten temat). Napiszę to wprost – Świętym Imieniem Bożym, nie możemy tak po prostu wycierać sobie twarzy w każdej możliwej sytuacji. Przyzwyczailiśmy się, niestety, do obecności w języku potocznym zwrotów typu „Jezus Maria!” czy „O Matko Święta!”, tylko czy zawsze stosujemy je zgodnie z nauką Kościoła? W tym miejscu przypomnieć muszę znów to, co napisałem w poprzedniej katechezie – ten, kto stawia Boga na pierwszym miejscu, powinien być na tyle świadomy, że będzie wiedział, w jakiej sytuacji Świętych Imion wzywać, a w jakich nie wypada tego robić. Ważne, by robić to zawsze z należnym szacunkiem.

A na koniec ciekawostka. Skąd Świadkowie Jehowy wzięli owo „JEHOWA”? Utrzymują oni, że w Biblii w takiej właśnie formie to Imię występuje i mają rację. Tylko że nie wzięli pod uwagę, iż historia kształtowania się tekstu biblijnego przebiegła w ten sposób, że aby zabezpieczyć należny szacunek Imienia Bożego, oryginalne JHWH (czyli Jahwe) pomieszali z zamiennikami: Pan – El, Elohim i Najwyższy – Adonai. To tak jakby do imienia np. Łukasz powrzucać litery z imienia Piotr. Efekt będzie taki, że powstanie słowo bez znaczenia. Masoreci – żydowscy kopiści Tory, w taki właśnie sposób chcieli ułatwić Żydom czytanie Biblii i ustrzec Święte Imię Boga przed znieważeniem.

marrus